Recenzja książki „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa
Mam wrażenie, że nasz klub coś dziwnie dużo lektur przerabia w tym roku. I nie jest to bynajmniej krytyka. Dobrze jest popatrzeć na te książki nie tylko jako coś do czytania czego zmusza się bądź też zmuszano (na szczęście niektórym udało się już uwolnić z tego systemu) nas w szkole. Sporo z tych pozycji to naprawdę bardzo dobre książki i zasługują na to, aby być postrzegane jako coś więcej, niż tylko zadanie domowe. I tak wydaje mi się, że akurat Mistrzowi i Małgorzacie udało się wyjść ze szkolnego piekła obronną ręką. A przynajmniej pamiętam, że moim szkolnym znajomym się podobało. Ja osobiście nie za bardzo mogę się na ten temat wypowiedzieć. Książkę tą bowiem po raz pierwszy czytałam jeszcze w podstawówce, za namową mojej mamy (była to jedna z jej ulubionych lektur). I co prawda odświeżyłam sobie jej treść, kiedy nadszedł czas na jej omawianie w liceum, ale wiadomo, że to już całkowicie inne doświadczenie. Ale jako że nie słyszałam nigdy głosów sprzeciwu to stwierdzam, że wszystkim się podobało i kropka.
So the devil went down to Georgia Moscow. (Dla tych co nie wiedzą jest to nawiązanie do bardzo dobrej piosenki The Devil Went Down To Georgia, która prawdę mówiąc nie ma tak dużo wspólnego z Mistrzem i Małgorzatą, ale jest tam diabeł i czasem próbuję być zabawna, dlatego nawiązanie to egzystuje w tej recenzji. Dziękuję za uwagę.) Więc w każdym razie diabeł, posługujący się imieniem Woland, przyjeżdża do Moskwy razem ze swoją świtą w celu wyprawienia tradycyjnego wiosennego balu. A wraz z jego przyjazdem zaczyna się prawdziwy cyrk. Cyrk wywołany w równej mierze przez obecność sił nadprzyrodzonych jak i przez samą naturę istnienia państwa rosyjskiego.
Po pierwsze i najważniejsze - jest to bardzo, ale to bardzo zabawna książka. Śmianie się z funkcjonowania danego państwa zwykle wypada lepiej, kiedy autor owych żartów miał z tym wszystkim osobiste doświadczenie. A więc książkowe państwo rosyjskie jest tworem absurdalnie absurdalnym (czy tak jest też w rzeczywistości? Nie wiem, nigdy nie byłam). A Woland i jego świta pokazują czytelnikom owe absurdy jeden po drugim. Głównie w trakcie swojego przedstawienia, które przy okazji jest chyba jedną z najlepszych scen w całej książce, ale również na przestrzeni całej historii. A to właśnie świta Wolanda odpowiedzialna jest za bardziej odrealnione elementy humorystyczne. Oczywiście nie ma chyba osoby, która nie lubiłaby wybryków kota Behemota, ale reszta też nie pozostaje daleko
w tyle. Pisząc te słowa zastanawiam się jaki był mój ulubiony żart. Chyba muszę nadać ten tytuł czystemu spirytusowi, bo jednak jest to chyba jedna z bardziej ikonicznych scen.
A mówiąc o ikonicznych scenach, pozwolę sobie poświęcić ten akapit na przywołanie paru moich ulubionych. Po pierwsze początkowa scena spotkania w Wolandem w parku. To zawsze dobry znak, kiedy książka ma mocny początek. A co może być bardziej dosadnego niż stara dobra dekapitacja. Być może defenestracja, nie wiem, nie czytałam nigdy książki, gdzie na początku ktoś zostaje wyrzucony przez okno. W każdym razie Mistrz i Małgorzata jednocześnie od razu nas zaskakuje, ale też nie odkrywa od razu wszystkich kart. Fantastycznie, dodatkowa zachęta do kontunuowania lektury. Po drugie lot Małgorzaty. Scena zarówno prześmieszna jak i zaskakująco piękna. Czytanie o tym jak Małgorzata odzyskuje swoją wolność i autonomię jest niezwykle satysfakcjonujące. Bardzo się cieszę, że zniszczyła mieszkanie tego gościa. Zrozumiałe i całkowicie usprawiedliwione. I po trzecie wspomniana już w poprzednim akapicie scena przedstawiania w teatrze Variétés. Skutecznie buduje oczekiwania czytelnika względem co właściwie się wydarzy i potem okazuje się lepsza niż cokolwiek czego moglibyśmy się spodziewać. Mogłabym właściwie wymieniać sceny i momenty aż zabrakłoby książki, jako że to co pojawiło się powyżej to jedynie te fragmenty, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Ale chyba warto być trochę bardziej samoświadomym i na tym poprzestać i przejść do następnej kwestii jaką są postacie.
Pozbywając się szybko tego co najmniej przyjemne, zacznijmy od mojej najmniej ulubionej postaci. Wypada w końcu wspomnieć o bohaterze tytułowym, nawet jeśli jego osoba nie przypadła mi specjalnie do gustu. Wydaje mi się, że problem z Mistrzem jest taki, że wśród tylu postaci o bardzo silnych charakterach, on jest w sumie taki... Zwyczajny. Zapewne jest w jakimś stopniu zamierzone – oto ostatni normalny człowiek w tym kraju! Co prawda wylądował w szpitalu psychiatrycznym, ale kto by się tam przejmował szczegółami. Ale żeby nie było, całkiem fajna z niego postać. Po prostu na tle innych wypada dosyć blado. Być może to po prostu jeden z wielu przypadków, w których to kobieta ma monopol na osobowość w związku. A skoro już została wspomniana to możemy skupić się na Małgorzacie. Uwielbiam ją tak bardzo. Cieszę się, że autor dał jej tak silny charakter. W końcu większość tej historii istnieje dzięki jej determinacji i nieustannym dążeniu do tego, żeby odzyskać ukochanego. W pewnym sensie to prawie odwrócenie klasycznego schematu “główny bohater ratuje porwaną i przetrzymywaną gdzieś miłość swojego życia”. Co tu dużo mówić, wersja Bułhakowa jest o wiele ciekawsza. A co jeszcze jest ciekawe? Woland i jego świta rzecz jasna. Nie wiem, czy zaliczyłabym Wolanda do najbardziej niecodziennych przedstawień Szatana, bo konkurentów w takiej kategorii byłoby bardzo dużo, ale to jak jest
on napisany osobiście bardzo przypadło mi do gustu. I są w tym nawiązania do Fausta a to zawsze jest plus. Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni i tak dalej. No Wolandowi czynienie zła w tej książce generalnie wyszło mocno średnio. Kto stracił na jego wizycie w Moskwie to już tylko jego wina i jego problem. Za Wolandem zaś podąża jego świta, z której wszyscy pamiętają kota Behemota, a resztę to tak piąte przez dziesiąte. Nie winię za to nikogo. Behemot po prostu jest najlepszą postacią w całej książce i są to suche fakty. Gdzie indziej można znaleźć demonicznego kota, który jeździ tramwajem, pije alkohol i strzela z pistoletu. Jeśli ktoś wie to ja chętnie przyjmę polecajki. Ale reszta świty, mimo że często niedoceniana przez czytelników też zasługuje na parę zdań. Mi na przykład jest trochę przykro, że Hella nie dostała większej ilości scen. Wydaje się super postacią (kocham wampiry ponad wszystko), ale praktycznie nie ma nic do roboty. Korowiow i Azazello na przykład pojawiają się o wiele częściej. Nie żeby nie zasłużyli na swoje sceny, oboje są bardzo śmieszni i przyjemnie się o nich czyta. Gdybym miała między nimi wybierać to chyba wolę Korowiowa. Ale to chyba tylko dlatego, że sceny z nim są bardziej komediowe, a świtę Wolanda jednak cenię głównie za ich śmieszność. Podsumowując: niesamowite postacie, ale większa równowaga w częstotliwości pojawiania się mogła zostać zachowana.
Szybki przerywnik. To nie jest akapit, który ma na celu opowiedzenie o jakimś istotnym aspekcie tego dzieła. Chciałam tylko wspomnieć, że Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty! to mój ulubiony cytat z Mistrza i Małgorzaty i nie mam dla tego faktu żadnego dobrego wytłumaczenia oprócz stwierdzenia, że jest bardzo wspaniały i bardzo go lubię. Dziękuję za wysłuchanie, możemy wracać do recenzji.
Słyszałam pewne głosy opowiadające się za tym, że owszem, większość tej powieści jest bardzo przyjemna do czytania, to jeden jej element nie przypadł im do gustu. Zapewne łatwo się domyślić, że chodzi o powieść w powieści, a więc historię Piłata i Jeszui. Kiedy to usłyszałam oczywiście miałam zamiar zakrzyknąć Herezja! i zacząć przygotowywać stos, ale na szczęście w porę sobie przypomniałam, że i ja kiedyś dzieliłam taką opinię. Przy moim pierwszym czytaniu Mistrza i Małgorzaty, uznałam tą część książki nie tylko za nudną, ale i głupią (należy pamiętać, że byłam wtedy dzieckiem, dla którego każda religijna historia była głupia. Cóż mogę powiedzieć, taki wiek). Na szczęście ludzie się zmieniają i co ważniejsze, ludzie mądrzeją. I teraz jestem już w stanie dostrzec wartość w powieść napisanej przez Mistrza. Chociaż prawdę mówiąc, wciąż jest to moja najmniej ulubiona część tej książki i absolutnie rozumiem, dlaczego niektórym się nie podoba. Jest bardzo dobrze
napisana i szczególnie doceniam to, że przedstawia biblijną opowieść po prostu jako historię, bez wymuszania religijności na czytelnikach, ale jakby to powiedzieć... Nie jest to najbardziej interesująca rzecz do czytania.
Przy okazji chciałabym też wspomnieć o adaptacjach tej historii. Nie tych filmowo-serialowych, bo prawdę mówiąc nic o nich nie wiem. Chodzi mi o adaptacje sceniczne. A miałam szczęście zobaczyć na żywo dwie, zresztą bardzo różne, produkcje. Ta, którą widziałam w teatrze Groteska w Krakowie, była w połowie przedstawieniem lalkowym. Uwielbiam lalki teatralne, więc rzecz jasna w mnie to bardzo duży plus. Moim ulubionym momentem w przedstawieniu było to, jak zrzucili z sufitu fałszywe pieniądze - dokładnie tak jak w książce! Zresztą zachowałam je jako pamiątkę do dzisiaj. Ogólnie bardzo solidne i dobrze zorganizowane przedstawienie. Ale o wiele bardziej znanym spektaklem jest wersja, która była wystawiana w teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. I absolutnie zasłużyło sobie na rozgłos. To było naprawdę fantastyczne przedstawienie. Zwłaszcza w pamięć zapadła mi fantastycznie wykonana scenografia. Więc chyba można stwierdzić, że ta historia świetnie nadaje się na scenę. Jedyne czego mi brakuje to adaptacja musicalowa. Która istnieje! Ale tylko po rosyjsku. Próbowałam znaleźć tłumaczenie na jakikolwiek znany mi język, jednak nie odniosłam na tym polu żadnych sukcesów. Cóż, pozostaje mi liczyć na to, że jakaś dobra dusza kiedyś je stworzy. Albo wystawi ten musical w Polsce. Obie opcje są dobre. Inaczej pozostaje mi nauka rosyjskiego, a nie wiem czy jestem psychicznie gotowa na kolejny dziwny system pisma.
Próbowałam znaleźć sposób, żeby wstawić tutaj nawiązanie do Sympathy For The Devil, bo to jedna z moim ulubionych piosenek i rzeczywiście jest inspirowana Mistrzem i Małgorzatą. Ale nie mam w sobie aż tyle kreatywności, więc poprzestanę na wstawieniu tytułu do tej recenzji. A każdym razie, przechodząc do podsumowania moich niezbyt rozgarniętych rozkmin, Mistrz i Małgorzata to według mnie najlepsza ze wszystkich pozycji na liście lektur. I bez większego wahania dałabym jej też tytuł mojej ulubionej rosyjskiej książki. Prawdopodobnie pod względem technicznym są lepsi kandydaci, ale Mistrz i Małgorzata zawsze będzie książką bliską mojemu sercu i szczerze wątpię, że cokolwiek będzie w stanie zająć jej miejsce. Ma w końcu siłę nostalgii i moc kotka po swojej stronie, a to właściwie sprawia, że jest niepokonana.
Wiktoria Urbańska-Ćwięka - klubowiczka DKK w MBP w Mielcu