Recenzja książki "Dracula" Brama Stokera
Dracula to jedna z tych książek, której nie trzeba nawet czytać, żeby w mniejszym lub większym stopniu znać fabułę. A w każdym razie w naszym kręgu kulturowym, jak jest gdzie indziej nie mam pojęcia. Wystarczy wchłaniać opary wiedzy o dziełach mających znaczenie kulturowe i potem budzimy się z wiedzą, że oto ziomek przyjeżdża do zamku hrabiego Draculi, który jest wampirem i próbuje wszystkich zabić, więc trzeba z nim walczyć. Bardzo ogólny to opis fabuły, ale nie można powiedzieć, że jest niezgodny z prawdą. W każdym razie, przez to, że wydawało mi się, że przecież doskonale wiem o czym jest Dracula, przez długi czas nie czułam zbyt wielkiej potrzeby czytania tej książki. Być może również bałam się, że moje niezwykle wysokie oczekiwania szybko się rozpadną w kontakcie z rzeczywistością. Oczywiście miałam w planach lekturę, w końcu gotycki horror o wampirach, to dosłownie połączenie dwóch rzeczy, na których punkcie miałam w tamtym czasie niemałą obsesję. Tak więc wiedziałam, że kiedyś się za to zabiorę, ale nie czułam potrzeby czytania już, natychmiast. Nie przewidziałam jednak tego, że tuż za rogiem czeka okazja, z której nie mogłam nie skorzystać. Było to Dracula Daily.
Żeby dowiedzieć się na czym polegało Dracula Daily, musimy poznać dwa proste fakty. 1. Bram Stoker kopnął w kalendarz już na tyle dawno, że prawa autorskie przestały być problemem. Każdy może rozpowszechniać, wydawać i sprzedawać jego dzieła, jeśli tylko ma taką zachciankę. Jeśli ktoś wpadłby na przykład na pomysł wysłania treści jego książek drogą mailową, to cóż, z perspektywy prawnej nie ma z tym żadnego problemu. 2. Dracula jest powieścią epistolarną, co znaczy, że jest napisana w formie listów, fragmentów pamiętników, artykułów z gazet itd. A jako że każda z tych rzeczy opatrzona jest datą, nietrudno dopasować konkretne rozdziały powieści do dat mijających w prawdziwym świecie. Chyba nietrudno się domyślić do czego tutaj zmierzamy. Tak, w dni korespondujące z wydarzeniami z książki można było oczekiwać w swojej skrzynce mailowej wiadomości zawierającej kolejny fragment Draculi. Już samo to jest naprawdę fajnym, immersyjnym doświadczeniem, ale prawdziwym zaskoczeniem okazał się fandom, który pojawił się właściwie z dnia na dzień, opatrując kolejne książkowe wydarzenia rysunkami, żartami i prawdziwymi emocjami. Chyba nikt nie spodziewał się, że czytanie klasyki może stworzyć tak wierną grupę fanów. Obecnie mam szczęście posiadać wydanie Draculi stworzone przez osoby odpowiedzialne za Dracula Daily. Na marginesach znalazła się doskonała selekcja rzeczy stworzonych przez
fanów. Jednak nie jest to to samo co bycie częścią tej społeczności. Niewiele rzeczy wspominam tak dobrze jak czytanie nowego maila podczas powrotu ze szkoły, a zaraz potem patrzenie na to, co reszta fanów myśli o nowych przygodach naszych ulubionych bohaterów. Dyskusja o tym, czy paprika hendl, które Jonathan je na początku powieści rzeczywiście było ostre, czy nie, już chyba na zawsze pozostanie w mojej głowie. Generalnie fandom, który powstał w tamtym czasie zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Mało kłótni o głupoty i dobra analiza literacka, czyli połączenie praktycznie niemożliwe. Okazało się również, że przed przeczytaniem Draculi nikt tak naprawdę nie miał pojęcia o czym jest ta historia. Do pewnego stopnia do tej grupy zaliczam także siebie. A to wszystko wina absolutnie beznadziejnych adaptacji.
Niestety gotyckie horrory mają absolutnie okropnego pecha, jeśli chodzi o adaptacje, Zwłaszcza te filmowe. Niektóre z nich wychodzą z tego w miarę obronną ręką, tak jak na przykład Frankenstein. Jest to co prawda historia ochoczo psuta przez reżyserów, ale wydaje mi się, że ludzie zwykle są bardziej świadomi tego, że to co widzimy na ekranie nijak się ma do oryginału. Dracula jest trochę gorszym przypadkiem. Mam wrażenie, że kwestie tak popularne w adaptacjach tego dzieła, a których ze świecą szukać w powieści, stały się faktami zupełnie oczywistymi w umysłach mas. Czemu wszyscy tak się uwzięli na tą biedną książkę? Nie mam pojęcia. Jest to dla mnie szczególnie tragiczne pod tym względem, że według mnie rzeczy, które najczęściej zostają zmienione to jedne z najlepszych i najważniejszych elementów oryginału. A zresztą spróbuję pokazać to na przykładach.
Ale zanim przejdziemy do mojej listy zażaleń, warto postawić jedną kwestię jasno. Nie uważam, że adaptacje same w sobie są złe, i co więcej, nie uważam, żeby zmiany w stosunku do materiału źródłowego zawsze były złą decyzją. Dobra adaptacja to nie to samo co wierna adaptacja. Jeśli próbujesz przełożyć coś z jednego medium do drugiego 1:1 to prawdopodobnie ci się nie uda. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z czymś tak różnym od siebie jak książki i filmy. Jak można zauważyć, bardzo dokładne adaptacje działają dosyć dobrze w przypadku mang i anime, więc tak naprawdę zależy co i na co próbujemy to adaptować. Dlatego też jestem bardzo krytyczna wobec toku myślenia, który pojawia się za każdym razem, gdy jakiejś adaptacji nie udaje się spełnić oczekiwać. Chodzi mi oczywiście o nawoływanie do tego, aby “zatrudniać fanów, bo oni przecież wiedzą najlepiej”. Do pewnego stopnia jest to rzeczywiście prawda. Warto znaleźć do tej roboty kogoś, komu dana historia nie jest obojętna i nie będzie próbował stworzyć czegoś własnego i podpiąć pod znaną franczyzę. Haha, pamiętacie czasy, kiedy Wiedźmin od Netflixa był dobrym serialem? Ja też nie. Ale z drugiej strony fani mają to do siebie, że nie potrafią być krytyczni wobec
rzeczy, które kochają. Pragną zobaczyć każdy, najmniejszy nawet szczegół dokładnie odwzorowany, każdą linijkę dialogu wypowiedzianą przez postacie ubrane w stroje spełniających ich wygórowane oczekiwania. A co powstaje, kiedy próbujemy tworzyć w ten sposób? Kompletny bałagan, z którego nikt nie jest zadowolony.
Więc jeśli twierdzę, że adaptacje Draculi są „beznadziejne” to nie chodzi mi o to, że mieli czelność zmieniać cokolwiek względem materiału źródłowego. Ogólnie to według mnie są to nawet niezłe filmy. Jeśli nie patrzymy na nie przez pryzmat oryginału. Całkiem przyjemnie się je ogląda, pod względem technicznym nie ma też im wiele do zarzucenia. No i może jakieś zmiany by się przydały. W końcu jest to dość stare dzieło i no... Powiedzmy, że niektórym elementom przydałoby się unowocześnienie. No więc zmiany na tak, ale przeinaczanie całego sensu danej historii? Oj, to już trochę za daleko. W każdym razie, bez dłuższych rozkmin: lista tego co Dracula autorstwa Brama Stokera robi fantastycznie, a czego adaptacje nie potrafią:
1. Jonathan i Mina. Centralna relacja tej powieści dość szybko traci swoją ważność w oczach filmowców, nie ma co. A szkoda. Bo ja na przykład ich romans uwielbiam. Nawet we współczesnej literaturze ciężko jest znaleźć parę, w której między obiema postaciami panuje równość. A co dopiero wtedy. A jednak się da. Kocham, że możemy zobaczyć, jak wygląda ich relacja najpierw przez pryzmat małych momentów (tak jak wtedy, gdy Jonathan robi notatkę, aby nie zapomnieć zdobyć przepisu dla Miny), a w późniejszych fragmentach widzimy jak wiele są w stanie do siebie zrobić (absolutnie wszystko co dzieje się, kiedy Mina zaczyna zmieniać się w wampira). Tak naprawdę autor nawet nie musiał pisać wprost, że ta dwójka jest w sobie zakochana, jest to absolutnie oczywiste. No więc co dostajemy w popularnych adaptacjach zamiast tej przeuroczej relacji? Minę jako obiekt romantycznych uczuć Draculi. Chciałabym żartować, naprawdę. Absolutnie nienawidzę takiego zwrotu akcji. A szczególnie irytuje mnie, kiedy robią z Miny jakąś reinkarnowaną żoną/kochankę Draculi. Co i po co ja się pytam. Po pierwsze ta powieść, to horror a nie romans i bezsensowne trójkąty miłosne nie powinny się w niej znaleźć. A po drugie głupie to jak but i sprawia, że kwestionuję umiejętności twórców w napisaniu scenariusza, który trzyma się kupy.
2. Mina i Lucy, czyli o tym jak łatwo zrujnować kobiece postaci. Jak widać bowiem romans z Draculą jednocześnie zabiera postaci całą osobowość (chociaż nie, jak ujmę to w ten sposób to zaczyna mi się wydawać, że to jednak miałoby jakiś sens, a nie ma). Oczywiście oryginał nie jest idealny pod tym względem i mam wrażenie, że Stokerowi te postacie wyszły tak jakoś przypadkiem, ale powiedzmy, że liczy się efekt końcowy.
Zacznijmy od Miny. Uwielbiam w niej wszystko. Jej silną osobowość, to jak potrafi postawić wszystkich do pionu, jej miłość do Jonathana, jej determinację w uczeniu się stenografii i jej obsesję na punkcie rozkładów jazdy pociągów. W żadnym momencie nie czułam, żeby była ona głupia w celu popchnięcia fabuły do przodu. Wręcz przeciwnie, jest ona chyba najbardziej ogarniętą osobą w całej tej grupie. Serio, bez jej pomocy wszyscy zginęliby gdzieś w połowie, a Dracula przejąłby władzę nad światem. Bardzo podoba mi się również fakt, że kiedy ochrona Miny staje się głównym celem dla innych postaci, to nie chodzi wcale o to, że jest ona jedyną kobietą w grupie, a o to, że jeśli ktokolwiek jest w niebezpieczeństwie to należy mu pomóc. Brawo, prawie by była z tego nieprzyjemna scena, ale autorowi udało się wybrnąć. No więc dlaczego tak złożona postać staje się jedynie obiektem miłosnego zainteresowania głównego antagonisty? Nie widzicie tego, ale w tym momencie rozkładam ręce na znak niewiedzy i kręcę głową z niedowierzaniem. Jak zatem sprawa wygląda w przypadku drugiej ważnej kobiecej postaci w tej powieści? Niestety biednej Lucy nie trafił się dużo lepszy los. Ogólnie rzecz biorąc lubię postać Lucy. Nie tak bardzo jak Minę, ale doceniam je obie i doceniam również fakt, że mają różne charaktery, ale mimo tego są najlepszymi przyjaciółkami i jakim cudem takie coś jest w książce z 1897 to ja nie wiem, ale się cieszę. Lucy generalnie mówiąc jest postacią dość tragiczną. Kiedy ją poznajemy jest w prawdopodobnie najszczęśliwszym okresie swojego życia. Żywy symbol młodości, niewinności i piękna, a do tego jeszcze może wybierać sobie z całego grona zalotników (właściwie jest to jej największy problem i piszę te słowa bez sarkazmu, ma dziewczyna przed sobą ciężki wybór). No więc kiedy już nacieszymy się jej szczęściem, wtedy właśnie wszystko to zostaje nam odebrane. Czytanie o tym, jak z niewiadomych dla wszystkich wokół przyczyn traci siły, ale do ostatniej chwili wierzy w to, że wszystko będzie dobrze? Nawet mnie to trochę poruszyło, a to nie zdarza się praktycznie nigdy. I dlatego też tak bardzo mnie irytuje, kiedy robi się z niej seksowną panienkę, którą Dracula bez problemu uwiódł i zmienił w jeszcze bardziej seksowną wampirzycę. Po prostu nie. To jest tragedia, a nie tania pornografia. Nie mówiąc już o tym, że to, co Dracula robi Lucy bardzo, ale to bardzo łatwo skojarzyć sobie z seksualną przemocą, co sprawia, że przedstawienia w adaptacjach stają się jeszcze bardziej nieprzyjemne do oglądania. W sumie teraz przyszło mi do głowy, że tych swoich spłaszczonych na potrzeby widza wersjach Mina i Lucy są prawie jak postacie z taniego slashera. Lucy to ta, która umiera na początku, bo uprawiała seks, a Mina to ta “czysta”, która przeżywa aż do samego końca. Straszne jest to, co się podziało z tymi postaciami. A przy okazji, jeśli ludzie tak bardzo pragną postaci, którą Dracula może uwieść, to przecież jest Renfield. Dosłownie idealny do tej roli, praktycznie nie
trzeba nic zmieniać i wymyślać. No i są jeszcze trzy wampirzyce z zamku, to od biedy można im dać więcej scen i jakieś wyjaśnienie kim są i jak znalazły się w takiej sytuacji. Lepsze rozwiązania wcale nie muszą być trudne.
1. Atmosfera. Mam wrażenie, że nie jest to doceniane za często, ale ta książka to jest generalnie naprawdę porządny horror. Może nie taki, że po przeczytaniu nie można zasnąć, ale potrafi wywołać niepokój. A przynajmniej tak mi się wydaje, dla mnie horrory są raczej śmieszne niż straszne, więc czasem ciężko stwierdzić, ale w tym przypadku jestem prawie pewna, że mam rację. Zwłaszcza na oklaski zasługuje ten fragment, w którym Jonathan powoli zdaje sobie sprawę z tego, że z zamku Draculi nie ma ucieczki i prawdopodobnie straci tam swoje życie. Fantastycznie zbudowana klaustrofobiczna atmosfera. Powiedziałabym, że jeszcze lepszy od tego jest dziennik kapitana statku Demeter. Uwielbiam historie, w których mamy grupę, której członkowie są mordowani jeden po drugim. Jeden z najlepszych sposobów na budowanie napięcia. Ciekawostka, jest jeden film, który adaptuje tylko i wyłącznie ten fragment powieści i robi to całkiem dobrze. Powiedziałabym, że punkt dla adaptacji, ale inne mają z kolei tendencję do pomijania tych horrorowych fragmentów, więc po prostu powiedzmy, że coś za coś.
2. Nasza wspaniała postać tytułowa, czyli Dracula. Mimo że nie jest on najwcześniejszym przykładem wampira w literaturze to jakoś tak wyszło, że stał się najpopularniejszym. I w sumie chyba na to zasłużył, bo ciężko się przyczepić do czegokolwiek w jego przedstawieniu. Jak się prezentują te jego różne wersje rozsiane po różnych franczyzach to już inna sprawa, ale jest to naturalna konsekwencja bycia częścią domeny publicznej. Ale wracając do oryginału. Bardzo porządnie napisany antagonista. Śmierć Lucy, mimo że smutna, jest fantastyczną decyzją z perspektywy pisarskiej. Jednocześnie daje bohaterom motywację do działania i uświadamia czytelnikom, że Dracula jest prawdziwym zagrożeniem. Podoba mi się też, że Stoker dokładnie objaśnił zasady, których muszą się trzymać wampiry. Tworzy to bardzo zgrabny balans między tym jak wielkie stanowią zagrożenie i tym, że mają słabe punkty, które można wykorzystać, jeśli wie się jak. No i też doceniam, jak zabawną postacią może być Dracula. Zwłaszcza kiedy na początku powieści próbuje ukrywać swoją prawdziwą naturę przed Jonathanem. Wychodzi mu to bardzo słabo, ale doceniam starania. Tak jak już wspominałam, adaptacje mają tendencję do robienia z niego romantycznego antybohatera, i mam nadzieję, że nie muszę po raz kolejny pisać o tym jak bezsensowna jest to idea. Zauważyłam też tendencję do skupiania się na ludzkim życiu Draculi, co jest trochę dziwne, patrząc na to, że w oryginale jest to jedynie luźno wspomniane, ale no dobra. Oczywiście nigdy nie ma tam żadnej zgodności
historycznej, mimo że wiemy całkiem sporo o życiu Włada III, ale ja i tak nie oczekuję od Hollywood umiejętności czytania książek historycznych. Mimo że czasem by mogli, bo mam wrażenie, że to co stało się naprawdę jest w sumie ciekawsze od ich dziwnych pomysłów.
3. Quincey Morris. Ktokolwiek stwierdził, że kowboj z Texasu nie pasuje do gotyckiego horroru bardzo się myli, bo Bram Stoker wiedział lepiej i dlatego wprowadził taką postać. I właśnie dlatego powinien być w każdej adaptacji i zawsze nosić kowbojski kapelusz, inaczej się nie liczy. I piszę to na poważnie. Uwielbiam Morrisa i zawsze mi szkoda, kiedy jest pomijany. Trochę rozumiem, bo też przeżyłam szok, kiedy okazało się, że jedną z postaci jest kowboj z Teksasu, ale szybko zmądrzałam i teraz rozumiem, że w tym szaleństwie jest metoda. Nie cierpię Teksasu i Stanów Zjednoczonych ogólnie, ale jeśli gdziekolwiek zabraknie tej ikonicznej postaci to będę bardzo zła.
4. Przyjaźń niszczy każde zło, czyli o naszej drużynie bohaterów z przypadku. Naprawdę kocham jakie mają ze sobą relacje jako grupa i zawsze bardzo przyjemnie mi się czytało ich interakcje. Zwłaszcza po tym, jak już dali radę ogarnąć co się dzieje i próbują ułożyć sensowny plan zabicia Draculi. Jak się postarają to potrafią działać nawet sprawnie. Nie wymieniałam tych postaci wcześniej właśnie dlatego, że w mojej głowie istnieją bardziej jako grupa niż indywidualne osoby. Co nie znaczy, że nie mają unikatowych charakterów. Oj mają. Ale żeby nikt nie czuł się pominięty: John Seward, Arthur Holmwood i Abraham Van Helsing to ikony i uwielbiam ich wszystkich. W sumie tego raczej adaptacje nie psują jakoś bardzo, ale mam wrażenie, że przyjaźń tych postaci mogłaby zostać wysunięta na pierwszy plan. Mimo że jest to horror to bohaterowie ostatecznie wygrywają właśnie dzięki współpracy, więc to chyba o to w tej książce chodziło.
Mogłabym skupić się jeszcze na pomniejszych tematach, ale wydaje mi się, że to co zostało wymienione powyżej działa wystarczająco dobrze jako lista mocnych stron Draculi. Czy jednak jest coś co mi się w niej nie podobało? Hmmm... O, wiem! Bram Stoker z niewiadomych mi przyczyn dokładnie oddawał w pisowni akcenty niektórych postaci i prawdę mówiąc okropnie się to czytało. Pewnie w polskiej wersji jest to mniejszy albo wręcz nieistniejący problem, ale nigdy jej nie czytałam, więc mogę się mylić. Ale tak, to jedyny minus tej książki, który przychodzi mi obecnie do głowy. Jest to naprawdę kawał dobrze napisanej powieści. Powinni ją przeczytać wszyscy, ale w szczególności fani horrorów i wampirów. Na pewno nie będą zawiedzeni, mimo że może się wydawać, że tak stara literatura trochę już trąci myszką. A jak ktoś woli słuchać i bardzo polecam podcast stworzony na podstawie Dracula Daily. Jest w nim nie tylko fantastyczna obsada, ale też
oryginalna muzyka i dodatkowe odcinki, w których objaśniany jest na przykład kontekst historyczny.
Musimy tutaj poruszyć jeszcze jeden temat, a mianowicie Nosferatu. Dla tych co nie mieli obsesji na punkcie Draculi szybka lekcja historii: No więc, w 1922 roku pewien niemiecki reżyser tworzy film pod tytułem Nosferatu - Eine Symphonie des Grauens, czyli po naszemu Nosferatu - symfonia grozy. No i fabuła tego oto filmu okazuje się być bliźniaczo podobna do Draculi. Wow, czyli wielkie umysły rzeczywiście myślą podobnie! No cóż oczywiście był to stary dobry plagiat. Bram Stoker już wtedy nie żył, ale jego żona była gotowa bronić praw autorskich. Rzecz jasna proces sądowy wygrała, ciężko wyobrazić sobie inny jego wynik, a na jego skutek wszystkie kopie filmu miały zostać zniszczone. Bardzo dramatyczne rozwiązanie i jak się wkrótce okazało, wyjątkowo nieskuteczne. Interesujący jest fakt, że tyle niemych filmów z tego okresu zaginęło na zawsze, ale ten, który rzeczywiście miał przestać istnieć jakimś cudem ocalał. Jakże to wszystko ironiczne. W każdym razie film ten pozostał ikoną kina niemego aż po dziś dzień, a w zeszłym roku otrzymał także nową, bardzo głośną wersję w reżyserii Roberta Eggersa. I muszę przyznać, że tak jak nie jestem jakąś wielką fanką oryginału, to remake jest filmem wybitnym pod wieloma względami. Z czego oczywiście wszyscy na pewno bardzo się cieszymy, ale powstała z tego bardzo dziwna sytuacja. Jakim bowiem cudem dzieło powstałe na skutek plagiatu jest nieskończenie lepsze od filmów powstałych na bazie oryginału? Trochę to wszystko śmieszne i trochę to wszystko smutne. Ale też uważam, że nowy Nosferatu przynajmniej ma w sobie tyle oryginalności, żeby uznać go za samowystarczalne dzieło.
Podczas niekończącego się nigdy przeglądania internetowych odmętów, widziałam wiele osób twierdzących, że oto teraz nastał wielki powrót gotyckiej literatury w filmowej formie. Zapewne jest to racja przynajmniej w jakimś stopniu. Nosferatu był więc początkiem, a teraz możemy się również cieszyć Frankensteinem w reżyserii Guillermo del Toro (dobry przykład adaptacji, która wiele zmienia, ale zachowuje esencję oryginału). Gdzieś tam na horyzoncie majaczy również nowa wersja The Phantom of the Opera, co do której ludzie mają spore oczekiwania. Czy więc w takiej sytuacji możemy oczekiwać, że nadszedł również czas na dobrą adaptację Draculi? No nie wiem, patrząc na poprzednie próby, nie napawa mnie to wszystko optymizmem. Oczywiście nie wolno tracić nadziei i nie można niczego wykluczać, ale lepiej być ostrożnym niż potem się sparzyć.
Wiktoria Urbańska-Ćwięka - klubowiczka DKK w MBP w Mielcu